Seria „Szklany tron” Sary J. Maas w końcu doczekała się ostatniego tomu. Po genialnej „Wieży świtu”, która wydarzeniami obejmowała tylko niewielką część bohaterów całego cyklu, miałam nadzieję, że „Królestwo popiołów” nie będzie znacznie odbiegało poziomem od poprzedniej odsłony serii. Oczywiście wiedziałam, że ze względu na pojawienie się postaci przeze mnie nielubianych w tej ostatniej części jest niemożliwe, żeby ta książka spodobała mi się bardziej niż tom 5.5. Chciałam tylko historii na względnie dobrym poziomie, w której autorce uda się zgrabnie zwieńczyć wszystkie wątki i doprowadzić snutą od lat opowieść do końca. Moją ciekawość dodatkowo spotęgowała objętość tej książki – w wydaniu oryginalnym (angielskim paperbacku) liczy ona sobie ponad 980 stron, przez co w Polsce wydawnictwo Uroboros zdecydowało się podzielić ten tom na dwie części (nie jestem przeciwniczką tego zabiegu – uważam, że poprawiło to znacznie wygodę czytania tej powieści). Skoro autorka poświęciła tyle miejsca na zakończenie tego cyklu, to ostatni tom musi być emocjonujący, prawda? (przynajmniej tak podpowiadała mi logika). Niestety, mój tok myślenia szybko uległ zmianie i to już w trakcie czytania pierwszej części „Królestwa popiołów”.

Przede wszystkim, na samym początku było ogromnie nudno. Pierwsze ponad 500 stron to dla mnie swego rodzaju drogą przez mękę. Autorka skupiła się na ukazaniu sytuacji, w jakich znajdują się poszczególnie bohaterowie i w moim odczuciu zrobiła to zdecydowanie zbyt szczegółowo. Trzy czwarte pierwszej części nie obfitowało w nieprzewidywalne wydarzenia, nie było tam zbyt wielu zwrotów akcji, przez co niestety nudziłam się. Jedyne rozdziały, które wydawały mi się interesujące, to te dotyczące lubianych przeze mnie bohaterów, ale w tej części powieści nie było ich zbyt wiele.

Sytuacja na szczęście uległa zmianie na sam koniec części pierwszej i na dobre weszła na właściwe tory w części drugiej. Nareszcie zaczęło się znacznie więcej dziać, co bardzo mnie ucieszyło, bo byłam już trochę zmęczona tym bardzo powolnym początkiem. Pojawiło się znacznie więcej akcji w stosunku do tego, co było wcześniej, ale muszę szczerze przyznać, że nie pozbawiło to całkowicie tej książki dłużyzn fabularnych. W każdym rozdziale można znaleźć opisy i dialogi, które zupełnie nic nie wnoszą do fabuły, a tylko zajmują miejsce na stronach. Wydaje mi się, że gdyby z tej historii wyciąć elementy niepotrzebne, to z pewnością byłaby ona co najmniej o połowę krótsza.

krol2

W trakcie lektury poprzednich tomów zauważyłam skłonność autorki do patosu, ale zbytnio mnie to nie raziło. W „Królestwie popiołów” jednak Maas w moim odczuciu przekroczyła trochę granicę na każdym kroku podkreślając, o jak wysoką stawkę toczy się walka i wplatając moralizujące sformułowania w dialogi bohaterów. O ile po angielsku (czytałam również tę powieść w wersji oryginalnej) te niektóre wyrażenia nie rzucały się aż tak bardzo w oczy, to w naszym polskim tłumaczeniu wprowadzony przez autorkę patos w wielu aspektach (np. w tytułach, które posiadają bohaterowie) powodował bardziej śmiech niż powagę.

Nie da się ukryć, że to grono postaci stworzonych przez Maas stanowi najważniejszy element nie tylko tej książki, ale całej serii „Szklany tron”. Mimo że główną bohaterką jest Aelin, to mamy tu do czynienia z kilkunastoma innymi osobami, które grają bardzo dużą rolę w przebiegu całej historii. Od razu zaznaczę, że nie jestem fanką pary głównych bohaterów (Aelin  i Rowana) już praktycznie od samego początku cyklu. Do tej pory zastanawiam się, co o tym zadecydowało, ale ogromnie nie lubię czytać rozdziałów im poświęconych (których, z uwagi na to, że stanowią teoretycznie najważnejszą parę tej serii, jest całkiem sporo) i zupełnie nie obchodzą mnie ich losy. Brzmi to może trochę brutalnie, ale jestem z Wami szczera. Tę serię kontynuowałam tylko ze względu na bohaterów drugoplanowych: Doriana, Manon, Chaola, Nesryn i Sartaqa (trzy ostatnie osoby zyskały moją sympatię w trakcie wydarzeń opisanych w „Wieży świtu”). To oni spowodowali, że lektura stawała się dla mnie przyjemna mimo obecności Aelin i Rowana. Szkoda tylko, że ilość rozdziałów poświęconych moim ulubionym bohaterom nie była zbyt duża – najwięcej mieli Manon i Dorian, później Chaol, natomiast Nesryn i Sartaqa było bardzo mało. Przykro mi trochę z tego powodu, bo w trakcie czytania poprzedniego tomu bardzo się z nimi zżyłam i liczyłam na więcej niż tylko pojawianie się epizodycznie.

Maas zdecydowanie potrafi kreować bohaterów i dzięki temu to oni z reguły stanowią ogromną zaletę jej książek. Osoby przez nią stworzone nie są wyłącznie papierowe; autorka pokazuje złożoność ich charakterów, często odwołując się do sytuacji z przeszłości, które je ukształtowały. Jej postacie posiadają zarówno wady, jak i zalety, mają złożoną przeszłość i przez to stają się osobami (w większości) realnymi w swoich zachowaniach. Można uwierzyć w motywacje, którymi się kierują i całkowicie z nimi zżyć, co w moim przypadku zdecydowanie miało miejsce w przypadku moich ulubieńców.

„Królestwo popiołów” jest ostatnim tomem serii, więc wypadałoby wspomnieć o tym, jak autorka poradziła sobie ze zwieńczeniem tej serii. Zamknięcie tylu wątku nie było łatwym zadaniem, ale w większości przypadku Maas dała radę to zrobić. Co prawda ja mam pewne zastrzeżenia co do większości z nich (a raczej tego, jak bardzo było to schematyczne), ale nie będę tej kwestii bardziej rozwijać, żeby nie zepsuć nikomu radości z lektury. Przed rozpoczęciem czytania tego tomu wyobrażałam sobie, że cała fabuła pójdzie w nieco innym kierunku, ale nie mogę powiedzieć, żeby zakończenie było złe. Wydaje mi się, że większość fanów usatysfakcjonuje.

krol

To koniec mojej czytelniczej przygody z serią „Szklany tron” i przyznam się Wam, że trochę mi smutno. Mimo że każdej części tego cyklu (oprócz „Wieży świtu”) miałam trochę to zarzucenia, to w trakcie lektury wszystkich tomów zżyłam się z bohaterami. Warto docenić postęp, jaki uczyniła autorka w każdym praktycznie aspekcie na przełomie tej serii (poziomy „Szklanego tronu” i „Wieży świtu” – czy nawet „Królestwa popiołów” –  są nieporównywalne). Po dwóch pierwszych tomach fabuła odbiła w kierunku, którego się zupełnie nie spodziewałam, ale – patrząc na tę historię jako na całokształt – muszę przyznać, że Maas podjęła wtedy dobrą decyzję. Będę miło wspominać tę serię nawet mimo tych paru zgrzytów, a do ulubionej „Wieży świtu” na pewno jeszcze nie raz wrócę.


Mieliście okazję czytać któryś z tomów serii? Co sądzicie o tym cyklu? Podobało Wam się „Królestwo popiołów”? Będzie mi bardzo miło, jeśli wyrazicie swoje opinie w komentarzach. Chętnie odwiedzę też blogi osób komentujących 😉