Dziś mam dla Was parę słów o powieści, na której premierę czekałam już ponad rok. Pierwszy tom trylogii „Kroniki Ocalałych” – „Fałszywy pocałunek” – należał do grona najlepszych książek przeczytanych przeze mnie w 2017, a jego zakończenie sprawiło, że nie mogłam doczekać się kontynuacji. Niedawno w moje ręce w końcu trafiło „Zdradzieckie serce”, po które sięgnęłam od razu po otrzymaniu paczki. Nie muszę chyba mówić, jak duże były moje oczekiwania w stosunku do lektury. Miałam nadzieję na historię stojącą na co najmniej tak wysokim poziomie, jak poprzedniczka. Czy tak było? Sprawdźcie dalej.

Osobom, które jeszcze nie czytały pierwszego tomu, radzę pominąć opis fabuły w celu uniknięcia spoilerów. Reszta postu ich nie zawiera 🙂

Lia i Rafe, przetrzymywani w barbarzyńskim królestwie Vendy, mają niewielkie szanse na ucieczkę. Kaden, niedoszły zabójca Lii, z całych sił pragnie ją ocalić, dlatego mówi Komizarowi, że dziewczyna ma dar.
Przywódca zaczyna się interesować Lią bardziej, niż ktokolwiek mógłby się tego spodziewać. Nic jednak nie jest oczywiste: Rafe okłamał Lię, ale poświęcił własną wolność, by ją chronić; Kaden, który miał ją zabić, ocalił jej życie; mieszkańcy Vendy, których Lia zawsze uważała za barbarzyńców, zaskoczyli ją, gdy zaczęła wśród nich przebywać. Walcząc z tradycją, w której ją wychowano, z darem i własną tożsamością, księżniczka musi podjąć decyzje, które wpłyną nie tylko na jej kraj, lecz też na jej przeznaczenie. (źródło)

zdradzieckie

Już po zakończeniu pierwszego tomu można było wnioskować, że akcja tej części trylogii będzie miała miejsce w jednym mieście. Nasi główni bohaterowie w wyniku pewnego biegu wydarzeń trafiają do nowego, obcego dla nich królestwa. Muszą robić wszystko, co tylko się da, aby przetrwać i często podejmować niosące za sobą wielkie ryzyko decyzje. Sama konstrukcja tej powieści różni się nieco od poprzedniego tomu. Przede wszystkim nie mamy tu do czynienia z wieloma zwrotami akcji, nie znajdziemy też momentu, w którym nasz dotychczasowy punkt widzenia zostałby odwrócony o 180 stopni, jak w przypadku „Fałszywego pocałunku”. „Zdradzieckie serce” nadrabia jednak te braki ogromną ilością dworskich gierek i intryg, które czasami są bardzo trudne do rozszyfrowania. Nie można być pewnym, co jest prawdą, a co tylko ułudą. Dzięki takiemu zabiegowi szybko wciągnęłam się w tę historię i nie mogłam się doczekać tego, co się dalej wydarzy.

O ile sposób poprowadzenia akcji w tej powieści oceniam zdecydowanie pozytywnie, to nie mogę tego samego jednoznacznie powiedzieć o bohaterach. W poprzednim tomie nie miałam żadnego problemu z Lią, dobrze i przyjemnie czytało mi się o tej postaci. Tym razem jednak nie do końca byłam w stanie zrozumieć jej zachowanie, przez co moja sympatia do niej osłabła. Zdarzały się też sytuacje, w których mnie strasznie irytowała. Aż do ostatnich rozdziałów miałam mieszane uczucia w stosunku do tej dziewczyny. Na plus mogę za to ocenić sposób wykreowania męskich bohaterów „Zdradzieckiego serca”. Oprócz znanych nam już Rafe’a i Kadena poznajemy również okrutnego Komizara. Bardzo spodobało mi się to, że autorka postanowiła trochę rozbudować osobowość tych dwóch ostatnich, dzięki czemu obserwowanie ich losów stało się dla mnie jeszcze bardziej fascynujące. Szkoda tylko, że Pearson nie poszła za ciosem i nie pokazała bardziej szczegółowo ich przeszłości i motywów nimi kierujących, ale nie można mieć wszystkiego.

zdradzieckie1

Oprócz wymienionych przeze mnie elementów, „Zdradzieckie serce” pod wieloma względami przypomina „Fałszywy pocałunek”. Z tego względu uważam, że większość osób, które polubiło pierwszy tom tej historii, doceni również jej kontynuację. Język autorki pozostał bez zmian, tak samo, jak jej styl pisania. W podobny sposób stworzono również warstwę wizualną tej powieści – okładka wykorzystuje część elementów z oprawy poprzedniej części. Nie jestem fanką akurat tego rozwiązania, bo szata graficzna mi osobiście nie przypadła do gustu. Chociaż dzięki temu mogę śmiało powiedzieć, że ta seria jest  idealnym przykładem na to, że nie warto oceniać książki po okładce!

Muszę jeszcze wspomnieć o jednym z głównych elementów tej powieści – wątku romantycznym. W poprzednim tomie bardzo mi się podobało jego rozwinięcie, nawet nielubiany przeze mnie motyw trójkąta miłosnego został interesująco pokazany. Tym razem również jestem całkiem zadowolona z realizacji tego aspektu książki. Mimo że jest to często spotykany w literaturze element, autorce udało się wprowadzić trochę  świeżości, nie czyniąc tego wątku tak oczywistym, jak mi się początkowo wydawało. Jestem bardzo ciekawa, jak Pearson pociągnie go w kolejnym tomie tej historii.

„Zdradzieckie serce” wciągnęło mnie już od pierwszych stron. Nie mogłam oderwać się od lektury aż do zakończenia, które spowodowało, że nie mogę się doczekać kolejnego tomu. Dodatkowo jestem zaintrygowana rozwojem wątku politycznego, który w tej części pojawił się we większym zakresie, niż w „Fałszywym pocałunku”. Mam nadzieję, że pod tym względem Pearson mnie nie zawiedzie. Liczę również na to, że uda mi się polubić główną bohaterkę i dowiem się jeszcze więcej o świecie, który wykreowała autorka.

zdradzieckie2

Drugi tom „Kronik Ocalałych” prawie całkowicie spełnił moje oczekiwania. Oprócz małego problemu, jaki miałam z główną bohaterką, jestem generalnie zadowolona z lektury. „Zdradzieckie serce” zapewniło mi kilka godzin świetnej rozrywki i mogę z czystym sercem polecić tę książkę wszystkim osobom, którym przypadł do gustu pierwszy tom tej serii. Po wieloma względami ta powieść jest podobna do poprzedniczki – cechuje ją między innymi taki sam klimat, dodatkowo uprzyjemniający lekturę. Moim zdaniem warto po nią sięgnąć, więc zachęcam Was do jak najszybszego zaopatrzenia się w „Zdradzieckie serce”!


Słyszeliście o tej powieści? Czytaliście poprzednią część? Planujecie przeczytać „Zdradzieckie serce”? Koniecznie dajcie znać w komentarzach!